Mało kto, poza kilkoma
szczęśliwymi wybrańcami (rekrutowanymi zazwyczaj spośród głebiańskich
mieszkańców Osady) został zaproszony przez Kapłana Czerepu na herbatkę. Neda też
ten zaszczyt nie spotkał. W trakcie krótkiej wymiany zdań w ogrodzie Idika, w
sumie nie padło ani jedno słowo dotyczące jego ślubu, mimo, że Ned kilkakrotnie
starał się na te tory ją skierować.
Z domu kapłana Ned odchodził
bardziej skołowany niż jeszcze parę minut temu. W kieszeni ciążyły mu trzy
srebrne obole, zapłata za dwa worki ziemi cmentarnej, najlepszej do nawożenia
ogródka. Miał mu je dostarczyć w dniu ślubu, zaledwie na kilka godzin przed
planowaną ceremonią.
Dni mijały niepostrzeżenie. Cała
Osada zaangażowana została w przygotowanie ceremonii zaślubin. Kobiety zajęły
się gotowaniem i przystrajaniem stołów. Dzięki rozwieszonym na drzewach,
tarasach i oknach girlandom i transparentom miasteczko zaczęło przypominać
obrzyd... to znaczy wielki, pełen słodyczy tort. Mężczyźni zajęli się produkcją
ław, stołów, krzeseł oraz podwyższenia dla zamówionej orkiestry. Pomnik Jogota
został już przystrojony w uroczyste szaty, w jego dłoni pysznił się wieloma
barwami bukiet kwiatów, a na skroni lśniła nowa korona.
Wraz z orszakiem Hrabiego Samuela
do miasta zajechała także Orkiestra Dętych Werblistów – w owym czasie
najsławniejsza grupa muzyków w północnych królestwach. Ich lider, Złoty Trlvis,
mimo że należał do rasy ludzi, budził więcej emocji niż Starsze Istoty. Wśród
młodego pokolenia wyrastał na miano nowego Boga. Zarówno kapłani Czerepu jak i
Świecy potępiali nowy kult który wyrastał w miejscu ich koncertów. Fakt, że
przyjęli zaproszenie na skromne zaślubiny w prowincjonalnej osadzie wydawało
się niemal… niemożliwe
Dzień Zaślubin powitał wszystkich
lekką mżawką, co nie było niczym dziwnym o tej porze roku. Jak wówczas mawiano:
„Ciepła mżawka latem, anioł strzela batem. Słońce z chmurki zerka, prosto do
pudełka”.
- Tato, tato, a słyszałeś takie… ”W Lucyfera wora zajrzyj tam z
wieczora, to kot Allegota ciebie wyłomota”… tato, co to wyłomota?
- Słoneczko, po pierwsze nie Allegota a Barucha, i nie wyłomota a ….
YYY Nieważne kochanie, kiedyś Tobie to wytłumaczę. A na razie słuchaj, bo już
powoli trzeba kłaść się spać, a do zakończenia jeszcze mały kawałek… Dobrze?
- Ale potem mi powiesz? Obiecujesz?... Obiecałeś… Opowiadaj dalej –
zaszczebiotała radośnie Henrietta.
Jak wspomniałem …dzień zapowiadał się ślicznie. W domu Państwa
Kopter ruch trwał już od wielu godzin, modystka z krawcową dokonywały
ostatnich, ekspresowych poprawek (biedna Estra w nocy, z nerwów zjadła trzy
opakowania czarcich krówek, na które niestety miała uczulenie – spuchła tu i
ówdzie), fryzjerka starała się zapanować nad burzą jej włosów zaś doktor Xeno
starał się docucić co chwila mdlejącą matkę panny młodej.
Również w domu Neda wiele się
działo. Z samego rana, zgodnie z obietnicą, młody grabarz dostarczył obiecane
worki z cmentarną ziemią. Idik przyjął pana młodego w Kaplicy Czerepu ubrany w
tradycyjny głębiański strój w którym udziela się ślubu… No wiesz kochanie, tak jak wujek Asmodeusz był ubrany jak udzielał
ślubu mamusi i tatusiowi…
- Buźki i płomyki –dopowiedziała rezolutnie Henrietta
- Tak… to znaczy nie… to znaczy tak, czaszki i płomienie – dokończył
skonfundowany Harold
- I co mu powiedział? Nakrzyczał?
Nie…Jak się okazało Idik miał dla Neda prezent z okazji ślubu. Był
nim wspaniały, wyszywany złotą nicią, barwiony w cudowne szkarłaty płaszcz
weselny dla Neda oraz równie wspaniała chusta dla Estry.
Wręczając podarki wyszeptał
prawie niesłyszalnie pierwsze słowa błogosławieństwa: „In Nomine…”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz