czwartek, 3 stycznia 2013

Bajki, nie bajki... cz. 4


Mało kto, poza kilkoma szczęśliwymi wybrańcami (rekrutowanymi zazwyczaj spośród głebiańskich mieszkańców Osady) został zaproszony przez Kapłana Czerepu na herbatkę. Neda też ten zaszczyt nie spotkał. W trakcie krótkiej wymiany zdań w ogrodzie Idika, w sumie nie padło ani jedno słowo dotyczące jego ślubu, mimo, że Ned kilkakrotnie starał się na te tory ją skierować.
Z domu kapłana Ned odchodził bardziej skołowany niż jeszcze parę minut temu. W kieszeni ciążyły mu trzy srebrne obole, zapłata za dwa worki ziemi cmentarnej, najlepszej do nawożenia ogródka. Miał mu je dostarczyć w dniu ślubu, zaledwie na kilka godzin przed planowaną ceremonią.
Dni mijały niepostrzeżenie. Cała Osada zaangażowana została w przygotowanie ceremonii zaślubin. Kobiety zajęły się gotowaniem i przystrajaniem stołów. Dzięki rozwieszonym na drzewach, tarasach i oknach girlandom i transparentom miasteczko zaczęło przypominać obrzyd... to znaczy wielki, pełen słodyczy tort. Mężczyźni zajęli się produkcją ław, stołów, krzeseł oraz podwyższenia dla zamówionej orkiestry. Pomnik Jogota został już przystrojony w uroczyste szaty, w jego dłoni pysznił się wieloma barwami bukiet kwiatów, a na skroni lśniła nowa korona.
Wraz z orszakiem Hrabiego Samuela do miasta zajechała także Orkiestra Dętych Werblistów – w owym czasie najsławniejsza grupa muzyków w północnych królestwach. Ich lider, Złoty Trlvis, mimo że należał do rasy ludzi, budził więcej emocji niż Starsze Istoty. Wśród młodego pokolenia wyrastał na miano nowego Boga. Zarówno kapłani Czerepu jak i Świecy potępiali nowy kult który wyrastał w miejscu ich koncertów. Fakt, że przyjęli zaproszenie na skromne zaślubiny w prowincjonalnej osadzie wydawało się niemal… niemożliwe

Dzień Zaślubin powitał wszystkich lekką mżawką, co nie było niczym dziwnym o tej porze roku. Jak wówczas mawiano: „Ciepła mżawka latem, anioł strzela batem. Słońce z chmurki zerka, prosto do pudełka”.

- Tato, tato, a słyszałeś takie… ”W Lucyfera wora zajrzyj tam z wieczora, to kot Allegota ciebie wyłomota”… tato, co to wyłomota?
- Słoneczko, po pierwsze nie Allegota a Barucha, i nie wyłomota a …. YYY Nieważne kochanie, kiedyś Tobie to wytłumaczę. A na razie słuchaj, bo już powoli trzeba kłaść się spać, a do zakończenia jeszcze mały kawałek… Dobrze?
- Ale potem mi powiesz? Obiecujesz?... Obiecałeś… Opowiadaj dalej – zaszczebiotała radośnie Henrietta.

Jak wspomniałem …dzień zapowiadał się ślicznie. W domu Państwa Kopter ruch trwał już od wielu godzin, modystka z krawcową dokonywały ostatnich, ekspresowych poprawek (biedna Estra w nocy, z nerwów zjadła trzy opakowania czarcich krówek, na które niestety miała uczulenie – spuchła tu i ówdzie), fryzjerka starała się zapanować nad burzą jej włosów zaś doktor Xeno starał się docucić co chwila mdlejącą matkę panny młodej.
Również w domu Neda wiele się działo. Z samego rana, zgodnie z obietnicą, młody grabarz dostarczył obiecane worki z cmentarną ziemią. Idik przyjął pana młodego w Kaplicy Czerepu ubrany w tradycyjny głębiański strój w którym udziela się ślubu… No wiesz kochanie, tak jak wujek Asmodeusz był ubrany jak udzielał ślubu mamusi i tatusiowi…
- Buźki i płomyki –dopowiedziała rezolutnie Henrietta
- Tak… to znaczy nie… to znaczy tak, czaszki i płomienie – dokończył skonfundowany Harold
- I co mu powiedział? Nakrzyczał?

Nie…Jak się okazało Idik miał dla Neda prezent z okazji ślubu. Był nim wspaniały, wyszywany złotą nicią, barwiony w cudowne szkarłaty płaszcz weselny dla Neda oraz równie wspaniała chusta dla Estry.
Wręczając podarki wyszeptał prawie niesłyszalnie pierwsze słowa błogosławieństwa: „In Nomine…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz