środa, 2 stycznia 2013

Bajki, nie bajki... cz. 3


Przestraszony Ned zaczął rozglądać się wokół siebie. To już nie był ten sam las który otaczał miasteczko. Las wokół miasta był spokojną, starą, stateczną puszczą. Która owszem ma swoje tajemnice, ale nie patrzy na ciebie ze wszystkich kątów, nie próbuje chwycić cię sękatymi konarami starych drzew.
Tamten las zniknął. Dookoła rozciągała się mroczna, tajemna puszcza. Pełna ciekawskich oczu i zakazanych miejsc. Miejsce w którym mieszkała Kostropata Wiedźma.
Jak powszechnie wiadomo, wiedźmy mieszkają na samotnych polanach otoczonych zewsząd nieprzebytą puszczą. Nie inaczej było tym razem.
Na środku polany stała mała, zbudowana z nieociosanych desek chatka kryta sitowiem. Nie miała komina. Przed chatynką było duże palenisko, na którego stał duży miedziany kocioł z którego unosiły się aromatyczne zapachy ziół, owoców i gotowanego mięsa. Na stojącym nieopodal pniaku spał szarobury kundel, który często biegał po miejskich uliczkach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Widok znajomego psa podniósł Neda na duchu. Zupełnie jakby ten bezpański, czy może teraz jak najbardziej mający właściciela pies miał go obronić przed każdym niebezpieczeństwem grożącym ze strony wiejskiej chaty i jej lokatorów.
Za domkiem stała cembrowana studnia obok której leżało stare, drewniane wiadro na zardzewiałym łańcuchu.

- Typowa wieś – ledwo zdążył pomyśleć, kiedy skrzypnęły drzwi do chaty. Z ciemności wychynęła zarośnięta twarz mężczyzny. Miał skołtunione włosy, nierówną, brudną brodę. Ubrany był tak jak Ned zawsze wyobrażał sobie wiejskiego parobka – luźna lniana koszula, pasujące do niej spodnie i bose stopy. Za mężczyzną stała skulona postać staruszki. Z prawie łysej i pokrytej gęstą siecią zmarszczek czaszki spoglądały bystre i przejrzyste oczy.
- Prawie jak u kota – pomyślał Ned. Zanim zdążył wykonać najmniejszy ruch, staruszka wydała jeden dźwięk. Stojący w drzwiach parobek był szybki… . Ned poczuł tylko przytłaczający go ciężar oraz zapach cebuli. Stracił przytomność.
Obudził się kiedy na dworze było zupełnie ciemno. Leżał na leżu z sosnowych gałęzi. W pobliżu przyjemnie pachniało gotowanym jedzeniem, przyjemnie bulgotało w stojącym nieopodal kociołku.
- Nazywam się Jolna. A ty jesteś Ned, prawda? – usłyszał z ciemności. Obok ogniska siedziała widziana w drzwiach chaty staruszka – Siadaj obok. Musimy porozmawiać…
Ned usiadł obok ogniska – Wiesz po co przyszedłem prawda?

- I co stało się dalej? – Henrietta zadarła wysoko głowę, żeby lepiej widzieć zapamiętanego w opowieści ojca – Powiedział jej?
- Słuchaj – odparł cicho Harold

Jolna była starsza niż ktokolwiek pamiętał. Niektórzy opowiadali, że Wiedźma mieszkała tu na długo przed założeniem miasta, jeszcze za czasów, gdy ciągnęły tędy pierwsze karawany kupieckie ze Stolicy do dalekiego Halbau.

- Powiedz, pomogła mu? Ożenił się z Estrą? – dziewczynka nie dawała za wygraną, chcąc jak najszybciej poznać szczęśliwe zakończenie – Ożenił? Jaką miała suknie? Dostała kwiaty?
Succub wiedział, że ilość pytań zadawanych przez małą rośnie wykładniczo i jeżeli szybko ich nie powstrzyma, to niedługo utonie w ich natłoku.

Tak – odparł – Jolna obiecała pomóc Nedowi. Obiecała, że stanie z Estrą pod Pomnikiem Jogota i w obecności Pierwszego Czytacza z Kościoła Oświeconych i Czystych złożą sobie przysięgę małżeńską. Jedynym warunkiem jaki postawiła Wiedźma, było to, że otrzyma zaproszenie jako gość honorowy zarówno na uroczystość pod Pomnikiem jak i na ucztę wydaną na cześć młodej pary.
Ned zadowolony, że Wiedźma po prostu chce być tylko na ślubie, bez wahania zgodził się na propozycję Jolany. Spokojniejszy, pełen sukcesu i radosny, że tanim kosztem wykpił się z targów, za cenę honorowego miejsca przy stole zdobędzie miłość swego życia, Ned wrócił do miasteczka.

Nie minęły 2 tygodnie, kiedy z domu ojca Jolany wyszli swaty, rozgłaszając na całe miasteczko i rychłym ślubie. Nie minęła jeszcze pierwsza radość u Neda, kiedy nadeszła następna. Zdarzyło się bowiem tak, że przejazdem w Osadzie zawitał Hrabia Samuel, siostrzeniec Cesarza na Górze…
- Wujek Samuel? – zapytała Henrietta z przejęcia gryząca koniuszki włosów – Wujek Samuel tam był?
- Nie kochanie – cierpliwie tłumaczył Harold – wówczas wujek Samuel jeszcze nie był wujkiem, tylko zwykłym śmiertelnikiem. Dopiero ponad 150 lat później zszedł do Głębiny. Ale słuchaj, bo robi się późno…

Hrabia znany był przede wszystkim z miłości do alkoholu, zabawy a także jako wielki obrońca Wiary i mecenas Kościoła Oświeconych i Czystych. Jak tylko więc usłyszał o zbliżającym się weselisku postanowił zostać w Osadzie dłużej niż wymagała tego zmiana koni i zakup żywności.
Wieść o zaślubinach od wielu miesięcy nie była dla nikogo tajemnicą, jednak fakt, że ceremonia odbędzie się w Świecy była szokiem dla niektórych mieszkańców Osady. Zwłaszcza dla Kapłana Czerepu.
Idik Selter, diakon Czerepu, jak na Głębinowca przystało przyjął tą wiadomość z zimną krwią. W takich sytuacjach nie należało postępować pochopnie. Pośpiech był zawsze złym doradcą. Wiedział też, że bezpośredni rozkaz, czy też nakaz spotka się z silnym oporem zakochanego Neda. Należało działać delikatnie i z wyczuciem.

Dostarczony z samego rana pod drzwi wioskowego grabarza kosz owoców z pozdrowieniami od diakona Czerepu, zasiał w sercu Neda więcej niepokoju i wątpliwości niż Świetliste zastępy zaglądające codziennie do okien. Pełen niepokoju i sprzecznych uczuć, Ned postanowił porozmawiać z Idikiem Selterem.
Diakon Czerepu, poza cotygodniowymi ofiarami miał niewiele zajęć. Większość wolnego czasu spędzał w swoim maleńkim ogródku, próbując wyhodować najokazalsze warzywo na doroczny konkurs ogłaszany w Osadzie. Na ten rok miał dobre przeczucia co do krzaka porzeczek.
Widząc idącego w jego kierunku Neda, uśmiechną się tylko pod nosem. Plan działał. Ziarno zostało zasiane, teraz wystarczyło patrzeć jak wzrasta.

Zmysły Harolda zalała nagła fala pożądania i strachu. Tak działała na niego tylko Amanda. Przerwał  opowiadanie bajki i spojrzał w kierunku drzwi. Stała tam jak niby nic, ale doskonale wiedział, że go ocenia, analizuje nie tylko każde słowo ale także najmniejszy gest.
- Ani mi się waż straszyć małej – wyszeptała w kierunku Harolda – żeby to nie była jedna z tych bajek kończących się zmianą całej okolicznej populacji.
-Oczywiście kochanie, tak kochanie.
- Mamo, mamo, ja się nie boje – Henrietta zaczęła podskakiwać na kolanach ojca jak na rodeo
- Tak, tak kochanie. Oczywiście, że się nie boisz, jesteś przecież dużą dziewczynką – Amanda poprawiła włosy córki i spoglądając w oczy Harolda dokończyła – Tatuś nie będzie cię straszył, bo inaczej to ON będzie miał zarwaną noc spędzoną na …
- Kochanie, ja nie mogę, mam w nocy ważne spotkanie z Asmodeuszem… Już dobrze, nie patrz tak na mnie, bajka skończy się dobrze, to znaczy źle… to znaczy dobrze.

Jak więc mówiłem... Ned zaczął się bać tego co ma nastąpić. Po raz pierwszy nie był pewny swojej decyzji. Miłość do Estry nie wygasła, ale słowa usłyszane od Kapłana Czerepu głęboko wryły się mu w pamięć…

- Tato, a co Idik powiedział Nedowi?
- Nie słuchałaś? – odparł lekko zniecierpliwiony Harold
Twarz Henrietty pojawił się grymas świadczący że zaraz się rozpłacze. Mała nie lubiła krytyki ani zwracania uwagi – Nie powiedziałeś, mama przeszkodziła i nie powiedziałeś – dolna warga zaczęła niebezpiecznie drgać zapowiadając najgorsze – płacz nastolatki. Coś, co jeżeli nie zostanie stłumione w zarodku, będzie nie do powstrzymania.
- Już dobrze maleńka, masz racje, słuchaj dalej…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz